“Myślałem, że damy radę”. Andrzej Stefański podsumowuje II rundę Zjednoczonych

Zainteresował Cię ten materiał? Udostępnij go na Facebooku!

Zjednoczeni Trzemeszno jakiś czas temu znaleźli się na niemałym zakręcie. Zdołali jednak wyjść na prostą i mocno stawiali się rywalom w “okręgówce”. Zapukali nawet do bram V ligi, ale ostatecznie przez wrota prowadzącej do tej klasy rozgrywkowej nie przeszli. Zatrzymali się u progu.

Na niedosyt po sezonie uwagę w rozmowie ze sportzpazurem.pl zwraca Andrzej Stefański, trener Zjednoczonych. – Jakbym miał w dwóch zdaniach podsumować ten sezon, to powiedziałbym, że na pewno jest mały niedosyt. Z perspektywy tych ostatnich spotkań apetyt nam delikatnie wzrósł na to, byśmy mogli spróbować awansować. Nie był to jednak nasz nadrzędny cel. Zakładaliśmy sobie w sumie cel w postaci utrzymania pierwszej trójki w lidze okręgowej. To było dla nas najważniejsze. Zrealizowaliśmy ten plan – podkreślił.

Summa summarum wynik Zjednoczonych cieszy. – Patrząc na to, jak sytuacja wyglądała w styczniu, gdy tutaj przyszedłem, to nikt się nie spodziewał, że możemy osiągnąć taki sukces i zagrać w barażach. Jest trochę goryczy, ale posłodzonej dużą ilością cukru. To drugie miejsce jest mega satysfakcjonujące dla mnie i dla zarządu. Oczywiście z perspektywy zarządu i trenera, który jest ambitny, to niedosyt na pewno jest. Po meczu usiedliśmy i sobie to wszystko przeanalizowaliśmy i summa summarum jesteśmy mega zadowoleni z tego, co osiągnęliśmy – zaznaczył Stefański.

– Zarząd w stu procentach wywiązał się ze swoich wszystkich założeń i ten cel w jakimś stopniu został zrealizowany. Dwa mecze barażowe zagwarantowały nam dodatkowe emocje. Oczywiście szkoda, że się nie udało, ale sam sezon jesteśmy w stanie uznać za bardzo udany – kontynuował.

Zjednoczeni jeszcze niedawno wygrywali mecz za meczem. – W pewnym momencie, wygrywając siedem meczów z rzędu, myśleliśmy, że osiągnęliśmy tak dużo, że możemy wygrać tę ligę. Wiadomo, że każda drużyna w pewnym momencie może złapać zadyszkę i tutaj na pewno znaczenie miało to, że zostaliśmy osłabieni. Kamil, który był liderem tej drużyny, wyjechał za granicę do pracy i delikatnie nie mogliśmy tego poukładać i zapełnić luki inną osobą. Były różne próby. Ostatecznie znalazłem środek i udało się wywalczyć baraż. – spostrzegł Stefański.

Czego zabrakło w barażach? – Jeżeli miałbym szczerze powiedzieć, to uważam, że wyłącznie szczęścia. Pod względem umiejętności w żadnym stopniu nie odbiegaliśmy od Korony. Nawet jadąc na wyjazd aż 150 km w środę, po pracy, zdominowaliśmy całkowicie rywala, ale nie zachowaliśmy pewnego rodzaju koncentracji i niepotrzebnie daliśmy sobie strzelić dwie bramki. Korona przeprowadziła dwa szybkie ataki i dobrze organizowała się po naszych stałych fragmentach gry. Wykorzystała swoja szanse. W typowo piłkarskim slangu powiedziałbym, że w Wilkowicach mieliśmy pełną dominację, tylko zabrakło szczęścia. Sytuacji było dużo, a nasza gra wyglądała bardzo dobrze. Trzeba jednak przyznać, że bramkarz Korony w tym dwumeczu wykonał kapitalną robotę. Może być określany mianem ojca tego sukcesu – zauważył trener Zjednoczonych.

– Dla nas brak awansu nie jest żadnym kataklizmem. Będziemy się rozwijać. Po mojej analizie wynika, że w tym dwumeczu barażowym mogło też zabraknąć trochę siły i przygotowania fizycznego z uwagi na to, że my graliśmy w weekend przed barażem bardzo ważne spotkanie w 30-stopniowym upale. Zwycięstwo było nam potrzebne do barażu. W ten weekend Korona miała wolne. My już w środę musieliśmy jechać na wyjazd. Nie ukrywam, że w sobotę widziałem trochę po drużynie, że brakowało świeżości. Niósł nas jednak doping kibiców. W nowym sezonie będziemy wyciągać wnioski, by dalej grać o najwyższe cele – zapewnił.

Na kolejnej stronie przeczytasz m.in. o tym, czy Andrzej Stefański zostaje na stanowisku trenera Zjednoczonych